Praca ponad siły

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem pacjenta, którego będę nazywać „Pan Stres”, jego nerwowość oraz unikanie kon­taktu wzrokowego z rozmówcą przypomniały mi przerażenie, którego doznawałem w wieku szesnastu lat, gdy próbowałem umawiać się z dziewczynami na randki.

Pan Stres był nowym dyrektorem do spraw finansowych w dużej firmie. Uprzednio przepracował pewien czas w kil­ku małych firmach, zaś obecnie postanowił podjąć większe wyzwanie. Jednakże, ślęcząc nad finansowymi dokumentami nowego przedsiębiorstwa, zorientował się, że jego poprzednik przez całe lata fałszował dane liczbowe. Po klęsce, jaka do­tknęła wcześniej firmę Enron, zdawał sobie sprawę, że rynek akcji nie będzie tolerował błędów występujących w rachun­kowości przedsiębiorstwa. Tak więc został na lodzie z niere­alnym zadaniem poprawienia dokumentów, o których z góry było wiadomo, że samo ich pojawienie się wywoła spadek kur­su akcji firmy.

Pacjent zgłosił się do mojego gabinetu z objawami, które przypominały zawał serca: bólami w klatce piersiowej, przy­spieszonym rytmem serca, mrowieniem koniuszków palców. Wszystkie one ulegały nasileniu, w miarę jak nowa praca sta­wała się coraz bardziej stresująca. Obecnie nie pozwalały do­kończyć postawionego mu zadania.

W ciągu kilku pierwszych minut zorientowałem się, że prob­lem, którego doświadczał Pan Stres, nie był „medyczny” w ta­kim tego słowa znaczeniu, jak np. nowotwór lub AIDS. Zmiana stylu życia, na przykład zwolnienie się z pracy i przeprowadz­ka na Wyspy Bahama, wyleczyłyby zdenerwowanie szybciej niż jakikolwiek lek, który mógłbym pacjentowi podać.

Jednak skoro nie mógł on uciec od problemu, musiał zmie­rzyć się z nader rzeczywistym wpływem, jaki na organizm wy­wierał dojmujący lęk. Jeżeli miał efektywnie myśleć i praco­wać, musiał odzyskać kontrolę nad samym sobą. Omówiliśmy wszelkie rysujące się przed nim możliwości i zdecydowałem się rozpocząć leczenie preparatem Lexapro[1], lekiem przeciw- depresyjnym o nielicznych działaniach niepożądanych, oraz uspokajającym preparatem Klonopin, który miał złagodzić objawy lęku. W ciągu trzech wizyt mogłem już dostrzec po­prawę. Wprawdzie liczby w księgach finansowych nie popra­wiły się same jakimś magicznym sposobem, ale pacjent był zupełnie innym człowiekiem. Nie objawiał zdenerwowania. Nie garbił się. Wszedł do gabinetu krokiem pewnego siebie dyrektora, którym w istocie był. Z chwilą, kiedy objawy lęku znalazły się pod kontrolą, on sam znowu mógł sprawować kontrolę nad sobą. W ciągu następnych sześciu miesięcy zdo­łał uporządkować księgi finansowe przedsiębiorstwa i oddalić widmo katastrofy. Po zażegnaniu kryzysu mógł całkowicie za­przestać przyjmowania leków. Podobnie jak wielu moich pa­cjentów, Pan Stres potrzebował po prostu niewielkiej pomocy, aby pomyślnie ominąć wszelkie życiowe rafy.

Chociaż nie wszyscy mamy do czynienia ze skandalami fi­nansowymi, stres, depresja i lęk wywierają wpływ na każdego – od dyrektorów do bezrobotnych, świeżo upieczonych ab­solwentów uczelni, starających się związać koniec z końcem. Wkrótce po rozpoczęciu praktyki w Nowym Jorku uświado­miłem sobie, że w mieście, które nigdy nie zasypia, niektórzy ludzie rzeczywiście nie śpią. Kiedy zbliża się termin opłaty rachunku za czynsz, lecz nie ma pieniędzy, kiedy perspektywa awansu odpłynęła w dal albo kiedy przygniatają nas ogólne zgryzoty biorące początek z przepracowania i zbyt małej ilości wolnego czasu – potrzebujemy dodatkowego zastrzyku ener­gii, aby zachować kontrolę nad sobą.

Stres, lęk, depresja, brak snu i zdolność koncentracji znaczą­co wpływają na nasz stan zdrowia. Ale niewielu ludzi zgłasza się do lekarza w związku z powyższymi kwestiami dotyczący­mi stylu życia. Rozmawiam niemal ze wszystkimi pacjentami o problemach zdrowotnych, które wynikają z pracy ponad siły, choć zwykle do rozmowy dochodzi bynajmniej nie dlatego, że pacjent uświadamia sobie, iż od dwóch tygodni pracuje do drugiej nad ranem albo że jest przerażony koniecznością przy­gotowania prezentacji dla zwierzchników.

Chory zgłosi się do mnie raczej z powodu niespecyficznych dolegliwości: bezsenności, kołatania serca lub zaburzeń rytmu, bólów w klatce piersiowej bądź w innych okolicach ciała, oraz zmęczenia. Albo będzie uskarżać się na bóle głowy, które po­jawiają się rano i nasilają w ciągu dnia. Badanie przedmiotowe nie wykaże żadnych nieprawidłowości, ale jeżeli zadam kilka pytań, po czym wystarczająco długo będę siedział i słuchał, wkrótce się przekonam, że przyczyna złego samopoczucia pa­cjenta tkwi w jego głowie.

Adrenalina – czynnik sprawczy wielu spośród wspomnia­nych objawów – jest związkiem chemicznym o złożonej funk­cji. Kiedy naszych przodków żyjących na afrykańskich sa­wannach ścigały lwy, reakcja typu „walka lub ucieczka” miała rzeczywisty cel – nie dopuścić, abyśmy stali się karmą dla kotów. Jednak w obecnej erze spocone dłonie, załamujący się głos, gonitwa myśli i uczucie suchości w ustach są objawami, które obracają się przeciwko nam. Podczas rozmowy kwalifi­kacyjnej przed przyjęciem do pracy albo w trakcie prezentacji poświęconej projektowi milionowej wartości przypływ adre­naliny nie ratuje nam życia – on nas zalewa. A jeśli na domiar złego sprawia, że wciąż jesteśmy na nogach w środku nocy, do dyskomfortu adrenalina dołącza jeszcze udrękę.

Na szczęście o pracy mózgu wiemy o wiele więcej niż nasi umykający przed lwami praprzodkowie. Szereg leków oraz innych technik może pomóc przełamać reakcję „walka lub ucieczka”, ustrzec przed zaśnięciem lub umożliwić sen, popra­wić samopoczucie w pełnym stresów życiu.

Jeżeli ktoś jest szczęściarzem, może spróbować zrobić to, co jedna z moich pacjentek. Emily miała 28 lat, od sześciu lat pra­cowała w agencji reklamowej. Jednak w ciągu ostatniego roku narastające zmęczenie zaczęło utrudniać jej prawidłowe funk­cjonowanie w biurze. Przesiadywała na zebraniach oszołomio­na, nie biorąc udziału w rozmowie, niezdolna do komunikacji z innymi osobami w pomieszczeniu. Podobnie jak wielu moich pacjentów, u których objawy wynikały ze stresu, cierpiała na tępe bóle głowy; pojawiały się one rano, zaś szczytowe nasi­lenie osiągały w połowie popołudnia. Przestało ją interesować spędzanie czasu w towarzystwie przyjaciół czy narzeczonego. Jeszcze przed wizytą w moim gabinecie powzięła przekona­nie, że cierpi na depresję. I miała rację. Tym, co umknęło jej uwadze, był związek pomiędzy objawami depresji a stresem, którym obarczała się w ciągu ostatnich kilku lat, starając się prześcignąć konkurencję w pogoni za kurczącymi się fundu­szami na reklamę w jej dziedzinie.

Często w rozmowie z moimi zestresowanymi pacjentami żar­tuję, że mają dwa wyjścia: albo spakować manatki i przeprowa­dzić się na tropikalną wyspę, albo rozważyć podjęcie krótkiego cyklu farmakoterapii. Doświadczenie uczy mnie, że większość osób zaabsorbowanych karierą zawodową woli raczej przyj­mować tabletkę dwa razy dziennie i poprawić swoje wyniki w pracy, niż przyznać, że presja jest zbyt silna, i rzucić wszystko. Skoro tamten facet po przeciwnej stronie sali nadal utrzymuje się w grze i jest u szczytu, nie można uznać się za pokonanego.

Jednak w uszach Emily wzmianka o przeprowadzce na plażę zabrzmiała jak bezwzględne zalecenie lekarza. Zamiast mie­rzyć się z obowiązkami zawodowymi z pomocą w postaci kil­ku leków, zgłosiła się do działu kadr i oświadczyła, że musi wziąć urlop zdrowotny. Kiedy wróciła do mnie z mnóstwem wymaganej dokumentacji, uprzedziłem, iż trudno ręczyć za to, że firma da jej zwolnienie z powodu bólów głowy i zmęczenia. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, przedsiębiorstwo zaakcepto­wało diagnozę oraz przyznało pracownicy sześć miesięcy ur­lopu, aby mogła wziąć się w garść. Poleciała zatem na tropi­kalne wyspy na pół roku, gdzie spędziła czas na nurkowaniu i sączeniu koktajli, a gdy ujrzałem ją następnym razem, była zupełnie inną osobą. Opalona i odprężona, była wdzięczna za odpoczynek i dostrzegała w życiu nowe perspektywy.

Życzyłbym wielu ludziom, w tym i sobie, żeby mogli sko­rzystać z takiej okazji i uciec od stresu po to, by cieszyć się życiem. Jednak jeśli nie masz takiej możliwości, przeczytaj poniższe wskazówki o tym, jak przy pomocy lekarza zacho­wać zdrowie, starając się zdobyć parę punktów przewagi, cze­go potrzebuje każdy, kto pnie się po szczeblach kariery.